Katolik w pracy, czyli komu służymy

Wygenerowano: 23 październik 2016, 13:53

„Żaden sługa nie może dwóm panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Te słowa z Ewangelii świętego Łukasza doskonale odzwierciedlają rozterki katolika w pracy. Komu powinienem służyć? Czy słuchając pracodawcy nie odrzucam Boga? Czy mam prawo do odmowy, jeśli się nie zgadzam z poleceniem przełożonego? Czy sumienie może wpływać na moją pracę? I czy mogę słuchać sumienia w pracy? Praca stanowi podstawę naszego życia, święty Paweł powiedział przecież, że „kto nie pracuje, ten niech nie je”. Uczciwie i rzetelnie pracując, zapewniamy byt naszej rodzinie oraz czynimy dobra dla innych. Jakie są jednak obowiązki katolika w pracy i czym one się różnią od obowiązków innych ludzi? Wierzymy w Boga, stąd jesteśmy dodatkowo zobowiązani do czynienia jeszcze więcej niż inni i do wymagania od siebie nawet wtedy, gdy inni od nas nie wymagali.




Kto jest moim panem i bliźnim?


W pracy słuchamy przełożonych, a w życiu – sumienia, Boga, natchnień Ducha Świętego… Czy taki podział jest dobry? Czy nasza praca rzeczywiście jest czymś oddzielnym niż życie i wiara? Uważam, że nie – jako ludzie tworzymy jedną spójną całość, na którą składają się nasze zdolności, mocne i słabe strony, wybory, których dokonujemy i przesłanki, na podstawie których podejmujemy decyzje. Idąc do pracy nie powinniśmy zostawiać sumienia w domu, aby przywitać się z nim znowu, wieczorem, po powrocie. Nasze życie to nie teatr, w którym mamy określone spektakle i wcielamy się w różne role. Jasne, że wykonujemy różne funkcje, ale bycie tatą i kierownikiem nie ma oznaczać, że w zależności od sytuacji staję się różnym człowiekiem. Mogę zmieniać swoje podejście w zależności od sytuacji, ale ja mam być ten sam, prawdziwy.

Przykład: nie chcę oszukiwać żony. Uważam, że jest to złe działanie. Ale czy w pracy też jest mi łatwo ocenić mówienie nieprawdy kolegom jako złe działanie? Myślę, że relatywizm moralny w odniesieniu do pracy i życia osobistego nie prowadzi do niczego dobrego. Życie uczciwe oznacza zarówno wybieranie dobra dla naszych najbliższych oraz kierowanie się rzetelnością również w pracy. Naszym bliźnim jest zarówno żona, dzieci jak i szef oraz koledzy z pracy. W domu liczymy się ze zdaniem rodziny, a w pracy –też tworzymy wspólnotę z wzajemnymi powiązaniami.



Prawo Boże, a prawo ludzkie


Czy katolik może podjąć każdą pracę? Zasadniczo tak, ale… ?? Słuchając bardziej Boga niż ludzi, stąd zdanie Szefa z Góry powinno mieć kluczowy wpływ na moje wybory. Mogę być świetnym kierownikiem, ale jeśli odbywać się to będzie kosztem mojej rodziny to taka praca nie jest dobrą dla mnie. Z innej strony – mogę mieć pracę, która pozwala mi na łączenie życia osobistego z zawodowym, ale w pracy jestem nakłaniany do „omijania prawa”. Niby wszystko jest legalne, ale odbywa się to poprzez balansowanie na granicy prawa. I taka praca może nie być najlepszym pomysłem – przyzwalając sobie na „zacieranie” granic między dobrem a złem, powoli usypiam moje sumienie i może się okazać, że praca przyczyni się do zbudowania muru między mną a Bogiem. Niestety, czasami stajemy przed bardzo heroicznym wyborem – czy zgadzać się na pracę moralnie złą, czy pozwolić swojej rodzinie na marną egzystencję? Na pewno czynnik finansowy nie może być jedynym kryterium wyboru pracy. Jednak są takie sytuacje, w których odpowiedź nie jest łatwa i jednoznaczna. Każdy z nas ma różną czułość sumienia i wiele czynników determinuje nasze decyzje. Myślę, że nie wolno nam łamać prawa, jednak zawsze w ostatecznym rozrachunku to prawo Boże stanowi dla nas wyznacznik.



Ewangelizacja w pracy


Czy jesteśmy zobowiązani do dawania świadectwo o Bogu także w pracy? Czy kwestie religijne zostawiamy w domu jako część naszego „życia osobistego”, którym nie dzielimy się ze współpracownikami? Świadczyć o Jezusie powinniśmy wszędzie, ale najbardziej poprzez swoje życie. Czasami nachalna rozmowa i stanowcze wzywanie do „porzucenia ścieżki grzechu” może zdziałać więcej złego niż dobrego. Sam Jezus traktował innych z łagodnością, wykazując zrozumienie problemów danej osoby. Zwykła przyjazna rozmowa, wysłuchanie smutnej koleżanki, zrobienie kawy dla zapracowanego kolegi czy zwykła uprzejmość dla innych jest najlepszym świadectwem tego, że Jezus jest w nas. A po zbudowaniu takiego gruntu, również i głębsze rozmowy czy dyskusje na temat wiary będą możliwe. Delikatnością i zrozumieniem możemy zdobywać ludzi dla Boga. Czasami boleję nad tym, jak mało rozmów o Bogu jest w pracy. Aczkolwiek pewien ksiądz powiedział mi kiedyś, aby bardziej patrzeć na działanie, na to, co i jak robię, niż na to, ile mówię. Myślę, że będąc uczciwymi, sprawiedliwi i przyjaznymi ludźmi najlepsze świadectwo możemy dać swoją postawą.



Szara codzienność


Wszyscy jesteśmy powołani do głoszenia Chrystusa w świecie. Jednak to powołanie inaczej wygląda u kapłanów, a inaczej u osób świeckich. Kapłan ma codziennie okazję do wygłoszenia kazania i pouczania wiernych według słów z Biblii. Uważam, że my, świeccy, służący Bogu, rzadziej powinniśmy korzystać z możliwości wygłaszania płomiennych kazań. Niestety, jakże często wykorzystujemy każdą okazję do zwrócenia uwagi na błędy naszych bliskich, współpracowników, przyjaciół, dzieci. Czy wtedy jesteśmy jak Chrystus? Czy nie przekraczamy naszych kompetencji, mianując się samozwańczym sędzią? Nasza posługa to moim zdaniem szara codzienność. Czemu szara? Bo taka zwyczajna, powtarzalna. Poranki w tygodniu są tak bardzo do siebie podobne, że gdyby nie odmienność niedzieli, to cały tydzień zlałby się w bezkształtną masę. Robiąc codziennie śniadanie dla męża służymy Bogu, tak samo, jak wówczas, gdy wykonujemy obliczenia do projektu w pracy. Myślę, że warto do naszej pracy i tej rutyny zaprosić Boga. Robienie nudnej prezentacji dla szefa może stać się zadaniem bardziej sensowym, gdy pomyślimy sobie, że przez to działanie chwalimy Boga.



Nie zakopujmy talentów


Bóg nas stworzył i dał nam określone talenty po to, abyśmy nie zakopywali ich w ziemi, ale je pomnażali. Myślę, że możemy wykorzystywać nasze talenty nie tylko w domu, ale też zawodowo. W pracy możemy być świetnymi kierownikami i sprawiać, że dzięki nam firma przynosi większe zyski. Jako płomienni mówcy możemy zarażać swoją charyzmą i motywować innych do działania. A nawet po cichu księgując kolejne faktury czynimy dobro. Te wszystkie działania pokazują, w jaki sposób pomnażamy nasze talenty, tak jak Bóg nas o to prosił – uzyskujemy zysk, a nie zakopujemy talentów w ziemi. Tak samo sprawa ma się z darami do posługiwania. Gdy jesteśmy obdarzeni zdolnościami wokalnymi, gramy na instrumencie czy lubimy pomagać innym (dzieciom, bezdomnym, prowadzimy scholę czy wspólnotę) wtedy działamy pomnażając Boże talenty w nas. To samo dotyczy działania w pracy – nawet nudne zadanie zyskuje, gdy robimy to z sercem. Niestety, nie zawsze udaje się pracować ze świadomością, że to dla Boga. Warto, byśmy wszyscy codziennie przypominali sobie, że wszystkie nasze działania mają służyć zwiększeniu chwały Bożej.



A gdy nie ma czasu na modlitwę


Czasami praca eksploatuje nasze siły w takim stopniu, że pomimo wielkich chęci nie mamy już czasu (i sił) na modlitwę. Co wtedy? Jak wtedy spełnić wezwanie do tego, abyśmy nieustannie się modlili? Przypomina mi się anegdota o pewnej świętej. Święta ta, pochodząca z rodziny szlacheckiej, miała w zwyczaju modlić się codziennie przez 2 godziny. Wówczas wymagała, aby w domu panowała niczym niezmącona cisza. Gdy ktokolwiek z domowników zachowywał się głośno, np. służąca wykonująca polecone zadania, święta wpadała w wielki gniew. Złościła się, obrażała, prosiła, groziła, jednym słowem atmosfera w domu była bardzo napięta, a najbardziej dawała się we znaki w godzinach modlitwy owej świętej. Wówczas przewodnik duchowy tej świętej zaproponował jej drobną zmianę: „módl się teraz przez cały dzień i niech twoja modlitwa nie będzie czasem odseparowania od życia i codzienności, ale niech będzie trwaniem w Bogu zawsze”. Wiecie jak skończyła się ta historia? Złość świętej minęła, bo jej czas dla Boga nie był już wydzielany kosztem innych, ale każda chwila była zawierzeniem Bogu. I my możemy robić podobnie. W ten sposób, jak pokazuje przytoczony przeze mnie życiorys, zdobywa się niebo. Modlitwą może być odprowadzenie dziecka do szkoły, jazda samochodem, oddanie Bogu kierowcy, który zajechał nam drogę. Modlitwą może być robienie prezentacji dla szefa i lekcja w szkole. Myślę, że Bóg nie żąda od nas niczego ponad nasze siły. A słowa „nieustannie czuwajcie i módlcie się” są zachęta do szukania Boga nie tylko co niedzielę w kościele, ale w naszej, często szarej, codzienności. Zabierzmy też Boga do naszej pracy, czego życzę i Wam i sobie.


Kliknij i zobacz źródło strony

 Orędzia NMP
 
25 maj 2018
 
25 kwiecień 2018
 
25 marzec 2018
 
25 luty 2018
 
25 styczeń 2018
 
25 grudzień 2017
 
25 listopad 2017
 
25 październik 2017
 
25 wrzesień 2017
 
25 sierpień 2017
 
25 lipiec 2017
 
25 czerwiec 2017
 Dziennik
dzisiaj
 
Bóg czy bożek? Komu tak naprawdę służysz?
 
Dobry patent na miłość
 
Gabriele Amorth - Wypowiedź Egzorcysty
 
Ojciec Witko zdradza, jak wygląda szatan
 
Wstań i idź wyprostowany
 
Jak wygląda niebo - Fulla Horak
 
Atak na drugą wieżę
 
Twarz diabła
 
Skorumpowani seksualnie
 
Słowo Boże
 
Tortury
 
Zakazane posiłki
 
Zdrady małżeńskie i odmienność seksualna
 
Znaki na niebie w czasach ostatecznych
 
Modlitwa o przemianę życia
 
Modlitwy do Ducha Świętego
 
Módl się ile możesz za konających
 
Odkryła jak wyciągnąć tysiące dusz z Czyśćca
 
Dobroć Boża
 
Królowa Nieba i Ziemi
 Kalendarz
w przygotowaniu ...